 |
|
OD AUTORA-REŻYSERA
W Teatrze Współczesnym we Wrocławiu wprowadziliśmy kiedyś obyczaj popremierowych spotkań w teatrze, w gronie obsady i współpracowników, uzupełnianym o najbliższych przyjaciół. Miałem przywilej i obowiązek otwierania tych spotkań i dziękowania każdemu za wkład pracy. Moją troską, a nawet przedmiotem niepokoju było zawsze, aby wymienić wszystkich i nikogo nie pominąć. Pamiętam, jak po premierze Dżumy poświęciłem także dużo miejsca nieobecnym - tym naszym przyjaciołom, którzy dopomogli nam wtedy przepchnąć przedstawienie przez cenzuralne przeszkody (otrzymaliśmy zresztą zgodę na zagranie tylko dwa razy, dopiero potem i te bariery udało się - na jakiś czas - pokonać), dziękowałem też wrocławskiej publiczności, która swoją energią, zachętą i poparciem stanowiła o sensie naszej pracy. Uświadomiłem sobie wtedy, nie po raz pierwszy zresztą, ale w jakiś ogromnie przejmujący sposób, że teatr jest obszarem wymiany i wspólnoty: jego jądrem jest spotkanie aktorów i widzów w czasie danego spektaklu, to spotkanie przygotowują reżyser, scenograf i dziesiątki ludzi zaangażowanych w realizację spektaklu - twórców, techników, rzemieślników, administratorów, organizatorów. Ale przecież udział w teatralnym spotkaniu mają nie tylko widzowie obecni na premierze. Potencjalnie maja go także ci wszyscy, którzy będą widowisko oglądać w czasie kolejnych wieczorów, a także ci, którzy o nim będą mówić, dyskutować, pisać. W przedstawieniu teatralnym wytwarza się jakaś ogromna, liczna, otwarta, poszerzająca się nieustannie wspólnota. Jej energia wibruje ze szczególną intensywnością w dniu premiery, ale i po niej trwa, nawet często rośnie.
Tak jak kiedyś we Wrocławiu, odczuwam teraz z Toronto, potrzebę podziękowania wszystkim. Z niepokojem, że może kogoś pominę i z radością, że jest tak bardzo wiele osób, którym pragnę podziękować.
Pierwszą z nich jest Maria Nowotarska. Ona jest źródłem każdego świetnego pomysłu i ona niezawodnie doprowadza do szczęśliwej realizacji nieprawdopodobną ilość artystycznych zamierzeń, jest zaczynem i uczestniczką każdej ciężkiej pracy, jest dobrym duchem polskiego środowiska artystycznego Kanady, gdy działa za kulisami i jest dumą widzów gdy występuje na scenie; współpraca z nią to najwyższa nagroda autora i reżysera. Jest Agata Pilitowska-Borys, która pierwsza ukazała mi możliwości teatralne tkwiące w życiorysie i dziełach Tamary Łempickiej i jakże pięknie, a nie po raz pierwszy, zechciała podjąć trud grania roli w mojej sztuce. Jest Jerzy Pilitowski, bez którego produkcja tego przedstawienia - w dosłownym i praktycznym sensie tysiąca konkretnych prac i zabiegów - nie byłaby w ogóle możliwa. Jest Andrzej Wilman, znawca i mecenas kultury, który swoją opieką w szczególny sposób przyczynił się do pomyślnego przebiegu prób Tamary L. Jest wytrawny i umiejętny artysta, scenograf - Joanna Dąbrowska. Jest umiejętny i precyzyjny mistrz światła i dźwięku - Krzysztof Sajdak. Są kompozytorzy, drukarze, organizatorzy, są - co szczególnie ważne - światli i hojni sponsorzy i protektorzy: Senat R.P. w Warszawie, Konsulat R.P. w Toronoto, przedsiębiorcy, jak zawsze niezawodny LOT i Pekao, fundacja Mickiewicza, fundusze Państwa Tylkowskich, Czaplińskich, oraz dotacje licznych innych osób, firm, organizacji.
A przede wszystkim, jest wyrobiona, chłonna, zainteresowana polską sztuką polska publiczność. Chciałbym aby mieli państwo pełną świadomość swej wielkiej roli i odpowiedzialności, jaką w tak piękny sposób na siebie bierzecie. Przychodząc bowiem na polskie przedstawienie teatralne włączacie się w obieg kultury i tradycji polskiej, oraz w obieg energii duchowej ożywiającej tych wszystkich, którzy spektakl przygotowali. Włączacie się też, po prostu, do tej ciężkiej pracy, którą oni wykonują.
Pragnę wszystkim Państwu podziękować za to poczucie wspólnoty jaką wytwarzacie, za włączenie mnie do wspólnej pracy, za umożliwienie mi wspólnego zastanawiania się wraz z Wami nad istotnymi problemami sztuki i ludzkiej egzystencji. Chcę również podziękować Pani Kizette de Lempicka-Foxal, autorce przenikliwej i pełnej informacji biografii swojej matki. A przede wszystkim jej samej, wielkiej artystce, Tamarze Łempickiej - za jej obrazy, za jej inspirację. Nie ma jej już wśród nas, ale jej dzieła - a jest to przywilejem tylko największych artystów - trwają.
Tamara L. nie jest sztuką biograficzną o Tamarze Łempickiej, choć czerpie z jej życia i twórczości, oraz wykorzystuje jej malarstwo. U podstaw tego dramatu leżą jednak dwa rzeczywiste zdarzenia, które skupiły moją uwagę, gdy oglądałem jej obrazy i wczytywałem się w jej życiorysy.
Tak było: wielka malarka stojąc u szczytu sławy i powodzenia, będąc portrecistką arystokratów i milionerów, prowadząc życie bujne i ekscentryczne - postanawia pewnego dnia wstąpić do klasztoru. Wynika z tego malowanie Matki przełożonej w Parmie. Ten obraz zastanawia. Jest tak różny od tworzonych przez nią dotąd aktów indywidualnych i zbiorowych, portretów ludzi bogatych i sławnych. Czemu ten obraz powstałś Co naprawdę wydarzyło się bezpośrednio przed jego namalowaniemś O czym te dwie kobiety, tak diametralnie różne, rozmawiały, gdy jedna malowała a druga pozowałaś Czego szukała w swoim modelu malarka? Co chciała przekazać malarce zakonnica? Musiały tam padać pytania o powołanie artysty, o motywy dążenia do doskonałości - i w świecie i za klasztorną kratą - o wartość życia zmysłowego i życia duchowego, o twórczość artystyczną i o modlitwę, o źródła ludzkiej twórczej energii.
Tak było: u schyłku życia wielka artystka poleca spalić po śmierci swe ciało i wsypać prochy do meksykańskiego wulkanu. Skąd taki pomysł? Czy to tylko futurystyczny żart, natchniony przez Marinettiego w czasie biesiad płynących winem i absyntem w Paryżu w latach 1920-tych, w których Łempicka była gwiazdą, obok Andre Gidea, Jamesa Joyce’a, Jeana Cocteau i innych awangardowych artystów? Czy to rozrzucenie prochów nad-czynnym wciąż-wulkanem, to decyzja natchniona jakąś aztecką legendą o rytualnym wniebowstąpieniu w chmurze wybuchającego wulkanu? A może to sposób na zbudowanie sobie wiecznego tronu na Parnasie sztuki XX wieku? Czy to może filozofia utożsamienia się z naturą w duchu new age? A może jest to zakodowane gdzieś głęboko - w artystce pochodzącej przecież z Polski, z nad Wisły, z Europy - pragnienie dostania się choć tą drogą do nieba?
Zdarzenia z życia i dzieła malarskie Tamary Łempickiej nasuwają liczne pytania. Tamara L. je formułuje. Z pełnym zaufaniem przekazuję je publiczności Toronto, Mississaugi, Krakowa, a także innych miast i sal, gdzie rzecz ta będzie grana. Odpowiedzi pozostają otwarte - należą do widza.
TAMARA ŁEMPICKA (1898-1980), z domu Górska, urodziła się w Warszawie. W wieku lat osiemnastu wyszła za mąż za Tadeusza Łempickiego, którego nazwisko zachowała jako artystka, mimo rozwodu w 1928 r. Podpisywała obrazy także: Lempicka, De Lempicka, oraz De Lempitzki. Ich córką była Kizette, zamężna Foxal. Łempicka zaczęła studiować systematycznie malarstwo w wieku lat około dwudziestu, kiedy to osiadła w Paryżu. Już w parę lat póżniej uzyskała rozgłos jako uczestniczka pierwszej wystawy Art Deco w 1925 r. Niebawem została uznana za czołową przedstawicielkę tego stylu. Otrzymywała nagrody, zyskiwała lukratywne zamówienia portretów (które stały się jej specjalnością), wystawiała w najbardziej prestiżowych galeriach i muzeach, weszła do elity europejskich malarzy swego czasu. W 1939 r. wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych wraz ze swym drugim mężem baronem Raoulem Kuffnerem. Mieszkała w Hollywood, a następnie w Nowym Jorku, gdzie nie powiodły się jej próby odmiany stylu w kierunku surrealizmu i abstrakcji, a także wystawiania. Po śmierci Kuffnera (1962) przeniosła się do Houston, w pobliże mieszkającej tam córki. W 1973 odbyła się wielka retrospektywna wystawa jej dzieł w Paryżu. Rok póżniej, Łempicka osiedliła się samotnie w Cuarnevaca w Meksyku, gdzie zmarła (1980). Jej prochy - zgodnie z jej własnym życzeniem - zostały rozsypane nad kraterem wulkanu.
KULTURA
W klasztorze i pod wulkanem
Rzecz o Tamarze L.
Jarosław Abramow.Newerly
Kazimierz Braun pisząc "Tamarę L." miał znakomity pomysł. Tę pomysłowość wykazał już w poprzednich sztukach "Helenie" i "American Dream". W "Helenie" tym wiodącym pomysłem było życie naszej słynnej aktorki Heleny Modrzejewskiej, teraz równie słynnej malarki Tamary Łempickiej. A więc temat, uniwersalny. Dotyczy powszechnie znanych artystek, które sięgnęły po światowy laur. Zdobyły go. Za jaka cenę? Oto jest pytanie. Ten temat zdaje się nurtować autora najwięcej. Przewija się przez wszystkie jego sztuki. Jest to oczywiście problem emigracji. Walki w obcym świecie o uznanie i rangę dla swego zawodu. W tym wypadku chodzi o malarstwo, ale obraz jest szerszy. Obrona wyższych wartości duchowych przed miałkością życia nie jest li tylko sprawą malarki Łempickiej, jej córki, czy siostry zakonnej, ale również aktorek, które w tej sztuce grają. Marii Nowotarskiej i Agaty Pilitowskiej-Borys. Jest sprawą każdego z nas. Codziennie przecież stajemy wobec wyboru: mieć czy być? Duch droższy czy chleb? Przyziemna krzątanina, czy twórcza kreacja.
Kazimierz Braun niezwykle obrazowo (jak przystało na sztukę o malarce) ukazał ten problem. świetnie wykorzystał efekt kontrastu. Od pierwszej chwili obserwujemy zderzenie dwóch światów. Młodej, zmysłowej, opętanej seksem i własną wizją malarki z surową i uduchowioną siostrą zakonną. Są jak ogień i woda. Jedna maluje, druga pozuje, ale ta co maluje pozuje więcej. Jest pozerką magiczną. Mistrzynią samokreacji. Niejedną sławę uwiodła, niejedną ofiarę poświęciła na ołtarzu swej sztuki. Egocentryczna i ekscentryczna, nieobliczalna w działaniu, sprzedaje swą artystyczną osobowość nie gorzej niż płótna. Głośno o niej w salonach świata. Życie jej jest jednym wielkim pokazem. Wystawą mody. I wernisażem skandali. Te dwie kobiety dzieli wszystko. Strój, wiek, sposób życia. Tamara kpi z zakazów i przesądów, fruwa jak ptak (błękitny) dumna, że wyrwała się z klatki - Matka Przełożona dobrowolnie się w niej zamknęła. Wspólny obraz jest więc trudny. Przerywany wybuchami malarki, którą roznosi temperament. Krąży nad Matką Przełożoną z pędzlem w ręku, i lekkimi machnięciami kreśli słabości swej duszy. Paleta grzechów jest duża. Skłonność do panów i pań, wyuzdanych orgii, żądza, bogactwa za wszelką cenę, pogarda dla biedy i brzydoty. Do tego alkohol i narkotyki dla wzmocnienia weny twórczej. Artystce wszystko wolno. Jest po to by zmieniać świat i pchać go na nowe tory. Zgodnie z hasłem futurystów, co w potędze maszyn i pędzących aut widzą symbol nowej ery. Tamara L. tworząc nowoczesny prąd? "Art Deco" uważa się za arcykapłankę wyzwolonej sztuki. Stąd ten błękitny bugatti, znak firmowy niejako. Za kierownicą tego luksusowego kabrioletu (którego w rzeczywistości nie miała) uwieczniła się demonstrując, że mknie pewnie ku nowym czasom.
Wszystko w tej sztuce ma swą funkcję i uzasadnienie. Autor misternie splótł obraz ze słowem traktując malarstwo Łempickiej jako element akcji. Każdy kolejno wyświetlony portret malarki odsłania jej nową twarz. Posuwa akcję do przodu. Obraz jak rekwizyt wspiera tekst. Tak dzieje się, gdy patrzymy pod koniec pierwszej części na portret Matki Przełożonej. Zaskakująco dramatyczny, tak inny od dekoracyjnego malarstwa Łempickiej. W drugiej części autor nie gubi tego wątku. Ten portret staje się obsesją malarki. twierdzi, że Matka Przełożona rzuciła na nią czar i prześladuje po latach. Dowód na perfekcję warsztatu dramaturgicznego Brauna. Przysłowiowa strzelba Czechowa wypaliła.
Agata Pilitowska-Borys jako młoda Tamara L. jest świetna. Pasuje do tej roli zarówno zewnętrznie jak i wewnętrznie. Ze swobodą przechodzi od naglych, histerycznych wybuchów do cichych zwierzeń. W pełni przeistacza się w drugiej części sztuki, gdzie gra lekarkę, córkę Tamary L. - która cierpliwością i troską odpłaca swej niezbyt czulej matce za brak serca w młodości. Teraz wobec zbliżającej się śmierci rozgoryczona Tamara L. robi rachunek sumienia. Z dawną megalomanią nie przyjmuje do wiadomości, że nie jest już tą podziwianą arcykapłanką sztuki - ale widzi również swoje błędy. Rozumie, że złym bogom służyła. Z goryczą stwierdza, że jej futurystyczną wizję przechwycili dyktatorzy i użyli do swej zbrodniczej machiny. Błękitny kabriolet zamienił się w czołg. Tamara L. na emigracji w Meksyku u podnóża wulkanu, który erupcją swych pyłów dusi ją i zabija zastanawia się, co ją skłoniło do tej wiecznej ucieczki. Strach przed wojną i dyktaturą, czy lęk przed samą sobą. Własną samodestrukcją.
W tak pomyślanym odwróceniu ról Maria Nowotarska, niezwykle oszczędna i przejmująca Matka Przełożona w pierwszej części, mogła się zmienić w dawną histeryczną, kapryśną i nieznośną Tamarę L jaką poznaliśmy w wykonaniu Agaty Pilitowskiej - Borys. Ona zaś sama z pokorą opiekująca się umierającą matką przejęła niejako rolę siostry miłosierdzia. Ta kontynuacja charakterów w innej obsadzie stworzyła dla aktorek nowe możliwości.
Wspaniale wypadł pokaz dawnej świetności Tamary L. w którym Maśria Nowotarska pokazała pełną gamę swych aktorskich środków od tańca do różańca, a raczej w tym wypadku odwrotnie. Gdy ożywiona dawną werwą wskazała na portret z czasów młodości krzycząc: - To ja! Taka byłam! I w geście rozpaczy odwołała się do Tamary, której już nie ma była prawdziwie wielka. Ujrzeliśmy teatr najwyższych lotów.
O ile dyskurs aktorek w pierwszej części ma charakter ogólny i metafizyczny ze świetną pointą, gdy to Matka Przełożona po tych wszystkich ekscesach Tamary z pokorą dżwiga jej stelaż jak krzyż Pański - o tyle dialog drugiej części jest konkretny. Dotyczy stosunku matki i córki, a więc spraw z natury nam bliższym. Ich pożegnalna rozmowa, gdy Tamara L. pragnie by jej prochy, zgodnie ze starą indiańską legendą wrzucone zostały do krateru, bo wtedy mimo grzesznego życia ma szansę zmartwychwstać i pójść do nieba należy do najlepszych w sztuce. Ta obrazowość znów niezwykle pasuje do portretu malarki, której na wulkanicznym temperamencie i erupcji ta\lentu nie zbywało. Sztuka napisana jest żywym językiem pełnym poetyckich zwrotów i błyskotliwych zdań, które zapadają w pamięci. Daje dużo do myślenia. Jest to niewątpliwie najbardziej dojrzały utwór teatralny autora "Heleny". Jego "Tamarze L." wróżę długi żywot sceniczny. Rzadko bowiem zdarza się tak dobrze napisana dwuosobowa sztuka. Kazimierz Braun dowiódł, że umie po mistrzowsku budować postacie i zaskakiwać. Mnie jednak zaskoczył najbardziej on sam, zmieniając się z reżysera w dramatopisarza.
Kiedy spotkaliśmy się na premierze mojejsztuki "Klik - Klak" w 1972 roku, którą wtedy jako dyrektor teatru w Lublinie reżyserował, nigdy nie przypuszczałem, że spotkam go na premierze w Toronto w charakterze autora. Wtedy tę lubelską premierę zapamiętałem jeszcze i stąd, że wraz z nią narodziła się Kazimierzowi Braunowi córka. Wówczas jej nie widziałem i zobaczyłem dopiero tu. w Mississauga. Na światowej prapremierze "Tamary". Řycie lubi robić niespodzianki nie gorzej niż fantazyjna hrabina Łempicka.
Na popremierowym spotkaniu w Konsulacie Kazimierz Braun zwierzył się,’ że w zasadzie Agata Pilitowska-Borys była matką chrzestną tej sztuki. Bo ona pierwsza podsunęła mu ten pomysł: Wyczuła, że w roli młodej malarki najbardziej się spełni. Jak Tamara Łempicka więc sama się wykreowała. Wykazała tym większą intuicję ode mnie. Bo ja wielokrotnie przechodziłem ulicą Yonge, patrzyłem na obraz Łempickiej w witrynie sklepu i nic mi to nie mówiło. Ot autoportret artystki w aucie i już. A pomysł jak zwykle leżał na ulicy. Trzeba go byłe tylko podnieść i zanieść do kogo trzeba. Agata zaniosła do Kazimierza Brauna, z którym pracowała już dwukrotnie. Uznała, że do trzech razy sztuka i wygrała. A my wraz z nią.
Reżyserował ten spektakl sam autor, co nie dziwi, a bardzo dobrą scenografię stworzyła Joanna Dąbrowska, która jeszcze raz udowodniła, że potrafi inwencją pokonać zgrzebne warunki sceny. Wspierał ją dzielnie jej mąż Jarosław Dąbrowski. Podobnej sztuki dokonał producent przedstawienia Jerzy Pilitowski, twórca oprawy muzycznej Stan Borys, realizator światła i dźwięku Krzysztof Sajdak, którego asystentem był Maciej Lis, co podkreślam z satysfakcją, bo reprezentuje on trzecie pokolenie tej niezwykłej rodziny, która wierna swemu powołaniu z uporem dba o to, by duch nie zaginął w naszej przyziemnej krzątaninie na emigracji. Dzięki jej pasji i wysiłkowi mamy w Toronto profesjonalny teatr, czym nie każda grupa etniczna może się poszczycić.
Na wspomnianym przyjęciu w Konsulacie Maria Nowotarska tym razem w roli dyrektora artystycznego dziękując autorowi i wszystkim sponsorom przypomniała, że jest to już czterdzieste przedstawienie "Salonu Muzyki i Poezji" Polsko-Kanadyjskiego Towarzystwa Muzycznego. A Konsul Generalny Wojciech Tyciński podkreślił, że jednym z głównych sponsorów tego przedstawienia jest Senat RP - rzecz dotąd bez precedensu w Toronto. Wielki to zaszczyt i wyróżnienie, warto jed ’nak przy tej okazji upomnieć się o profesjonalną salę dla tego profesjonalnego teatru. Zarówno bowiem nasza sławna malarka Tamara Łempicka jak i realizatorzy tego ambitnego przedstawienia zasłużyli na lepszą ekspozycję swej sztuki. To pewne.
DODATEK LlTERACKO-SPOŁECZNY 29 LIPCA 2006
BARBARA BERNHARDI
Łaska płaczu
W Ambasadzie RP w Waszyngtonie 11 lipca, odbyło się przedstawienie sztuki Kazimierza Brauna Tamara ł.., zainspirowane, jak autor wzmiankuje w programie, wydarzeniem z życia słynnej polskiej malarki okresu międzywojennego Tamary Łempickiej.
Niekonwencjonalna, ekstrawagancka, obracająca się w najwykwintniejszych kręgach Warszawy, Paryża, a potem Nowego Jorku artystka przeszła do historii malarstwa jako symbol kobiecej emancypacji i zmysłowości w sztuce. Jej szokujące jak na owe czasy portrety przedstawiały najbardziej "kolorowe" postacie tych czasów i miały na ogól silne zabarwienie erotyczne. Były to akty indywidualne albo portrety zbiorowe, z których emanowała energia seksualna, głód przeżywania i intensywna pasja twórcza ("Malując pożądam; pożądając maluję" - mówi jej dramatyczne wcielenie w sztuce Brauna). Podczas jednej z podróży po Włoszech Łempicka postanowiła wstąpić do klasztoru. Tam namalowała portret matki przełożonej z twarzą przeoraną głębokimi bruzdami, lekko pochyloną głową, zamyślonym wzrokiem i dwiema kroplami łez spływającymi po policzkach - tak różny od portretów tworzonych poprzednio. To właśnie wydarzenie stało się inspiracją twórczą dla Kazimierza Brauna, który zbudował wokół niego swój dramat.
W kształcie oryginalnym sztuka ma dwa akty: pierwszy przedstawia scenę malowania zakonnicy, a drugi - wiele lat póżniej - artystkę na łożu śmierci podczas ostatnich rozmów z córką. W tej dwuaktowej wersji sztuka pokazywana była w Kanadzie i w Polsce. Dla celów "objazdowych" została jednak zredukowana wyłącznie do aktu pierwszego, do którego autor wplótł niektóre fragmenty z zakończenia. W takiej właśnie postaci przybyła do Waszyngtonu. W spektaklu grają matka i córka: Maria Nowotarska i Agata Pilitowska, obie zamieszkałe w Toronto i związane z założonym przez Marię Nowotarską teatrem o nazwie Salon Muzyki i Poezji. Wielokrotnie pokazywały się razem na scenach kanadyjskich, amerykańskich i europejskich. Tamara L., to trzecia sztuka Kazimierza Brauna, w której wystąpiły obok siebie na scenie.
Braun -autor i reżyser spektaklu - podkreśla w programie, iż nie jest to sztuka biograficzna o Tamarze Łempicioej. Raczej fantazja literacka zainspirowana spotkaniem malarki z matką przełożoną w parmeńskim klasztorze.
Na zaimprowizowanej scenie w jednym z saloników waszyngtońskiej ambasady stanęły naprzeciwko siebie zakonnica i malarka, jak święta i grzesznica. Wymieniają poglądy o sztuce, sensie tworzenia, etyce, moralności, odpowiedzialności za to, co się tworzy, o wewnętrznej wolności, ale i o bólu, zagubieniu i cierpieniu. Malarstwo Łempickiej stało się punktem wyjścia do rozprawy o sensie życia. W poetyckich, barwnych monologach ścierają się tu dwa światy, dwa różne spojrzenia na rzeczywistość, początkowo skrajnie antagonistyczne, subtelnie powiązane jednak tym samym pragnieniem odkrycia prawdyo sobie i świecie oraz nawiązania prawdziwego, głębokiego kontaktu z drugą osobą. Pytań zostało postawionych tu bardzo wiele: czy sztuka może być religią? Czy może mieć wyzwalający efekt jak wiara? Czy artyści odpowiedzialni są za to, co tworzą? Co oznacza tzw. wolność wewnętrzna? Czy jest to wolność od konwencji i reguł, które ustala i narzuca społeczeństwo? Do czego ta wolność prowadzi? Czy istnieją granice? Czy możemy je przekraczać? Kiedy owa wolność staje się aktem nie\etycznym? Czy tylko wówczas. gdy ranimy innych? A co z ranieniem siebie samego? Skąd wiemy, że to już nastąpiło?
Odpowiedzi, choć niewypowiedziane wprost, są oczywiste. Tamara bardzo szybko zauważa, nawet jeśli nie dzieje się to jeszcze w sferze świadomości, zagrożenie, jakim jest dla niej świat wartości wyznawanych przez zakonnicę. Związane jest ono z ryzykiem uzmysłowienia sobie przez artystkę bezsensu i pustki, towarzyszącym jej dotychczasowemu życiu. Początkowo broni się przed tym dziko i namiętnie, prowokując swą partnerkę erotycznymi komentarzami i obrażając cynicznymi nietaktami i blużnierstwami. Osiąga to swój szczyt w znakomicie przedstawionej przez Agatę Pilitowską scenie wstrzykiwania sobie narkotyku i iluzorycznej polemiki z zakonnicą; w trakcie której oszałamiająca intensywność artystki stopniowo przemienia się w druzgocącą samoagresję.
Matka Przełożona, która jak się okazuje, jest doktorem sztuk pięknych i ma ogromną wiedzę na temat malarstwa, w detalicznym, fachowym wykładzie klasyfikuje sztukę Łempickiej jako "bezczelną arogancję", jej modele jako archetypy ze "żrenicami odbijającymi nicość" i konkluduje, iż twórczość malarki zdaje się "zapowiadać straszną katastrofę ludzkości".
Dość dużo miejsca poświęca Braun problemowi postrzegania rzeczywistości. Choć Tamara Ł apoteozuje zmysły jako punkt wyjścia i cel ostateczny- zarówno w sztuce, jak i w życiu, z jej egzaltowanych, kwiecistych, a jednocześnie zdradzając ogromny niepokój wewnętrzny monologów wyraźnie wyłania się tęsknota za głębią i sensem. Zakochana w pozorach, naiwna, powierzchowna i próżna femme fatale stopniowo przeistacza się w sztuce Brauna w nieszczęśliwą artystkę zdającą sobie sprawę z ciężaru odpowiedzialności, jaki ponosi za tworzenie swych dzieł.
"Walka" obu kobiet traci powoli na swej agresywności i po burzliwej wymianie myśli na temat sztuki, miłości i w podejścia do świata w ogóle, Tamara prosi Matkę Przełozoną o udzielenie jej błogosławieństwa. Maria Nowotarska jakozakonnica i Agata Pilitowska jako Tamara Ł. dokonały godnego uznania wyczynu aktorskiego. Udało im się sprostać owym długim monologom ornamentalnego i niemal epickiego dramatu Brauna - w dodatku w niełatwych warunkach scenicznych - w sposób, który przykuwał uwagę zarówno na poziomie intelektu, jak i emocji. Dynamiczna, zmysłowa kreacja Agaty Pilitowskiej, przedstawiająca kryzys duchowy zagubionej w życiu i uwikłanej w dramat swej twórczej pasji malarki porażała widzów ładunkiem energii. Agresywne, żarliwe i porywcze opowieści o epizodach z jej życia, o początkach kariery, mistycznym niemal odkrywaniu potęgi kolorów i światła, oprzygodach w artystyczno-intelektualnych kręgach Paryża ilustrowaly odsłaniane przez Tamarę obrazy. Dzięki temu posunięciu reżyserskiemu Brauna widzowie mieli okazję skonfrontować teorię z praktyką i przyjrzeć się rzeczywistym portretom Tamary Łempickiej. Nastrój łagodniał nagle i nabierał zupełnie innego kolorytu w krótkich scenach, kiedy artystka prezentowała portrety córki. Wojowniczą polemikę zastępowała delikatna łagodność i nie ulegało wątpliwości, że portrety dziecka wypełnione są czymś, czego brakuje pozostałym obrazom malarki - miłością.
Odtwarzająca postać Matki Przełożonej Maria Nowotarska z ogromną dojrzałością i aktorskim skupieniem przekazała nam te właśnie przesłanie miłości, łagodnej mądrości, dobroci, pokory i cierpliwości. Namalowana przez Tamarę ze łzą na policzku stwierdza: "To nie jestem ja na tym portrecie. Może to pani płacze nad sobą, nad światem". I tak właśnie oznajmiła swe zwycięstwo nad pustką, powierzchownością, próżnością i bezdusznością.
Barbara Bernhardt
Pochwała dla „Tamary L.”
Z Cincinnati specjalnie dla "Związkowca"
Jerzy BARANKIEWICZ
Do Cincinnati w stanie Ohio witał z Toronto znany "Salon Muzyki i Poezji" ze spektaklem Kaimierza Brauna "Tamara L". zaproszony do Cincinnati przez znanego sponsora działań polonijnych dra Piotra Chomczyńskiego, twórcy Molecular Reserarch Center, występował po drugiej stronie rzeki w Newport w Teatrze Monmouth. Pokazanie "Tamary" w Cincinnati stało się wydarzem nie tylko dla tutejszej Polonii, ale i dla miasta, gdyż po raz pierwszy w jego historii wystąpił tu teatr polskojęzyczny. Liczebność Polonii w Cincinnati jest trudna do oceny, toteż organizatorzy pokazu "Tamary L" nie byli w stanie przewidzieć jaką ilość widzów zgromadzi spektakl. Brak polskiego kościoła i istnienie w mieście tylko jednej organizacji polonijnej Polish American Society of Greater Cincinnati nie gwarantowały łatwego dotarcia z informacją o spektaklu do ewentualnych zainteresowanych. Dlatego też dużym zaskoczeniem dla wszystkich była kompletnie wypełniona w czasie spektaklu sala w teatrze Monmouth. I tu chwała internetowi, dzięki któremu dotarto do widzów, którzy przybyli na spotkanie ze słowem polskim nie tylko z okolic Cincinnati, ale także z odległego Lexington w Kentucky.
Teatr Marii Nowotarskiej i Agaty Pilitowskiej z Toronto, znany jest dobrze zarówno na kontynencie amerykańskim jak i w Polsce. Sztuki pisane przez Kazimierza Brauna często specjalnie dla obu aktorek, były wystawiane zarówno na wschodnim wybrzeżu jak i daleko w Południowej Kalifornii. Tak jak kilka lat temu gdy oglądałem monodram "Rzecz o Modrzejewskiej" w wykonaniu Marii Nowotarskiej, czy "American Dreams" grany przez obie aktorki, tak i teraz po spektaklu "Tamary L" w Cincinnati nie wychodziłem zawiedziony. Autor sztuki Kazimierz Braun, mieszkający obecnie w Buffalo, potrafi prowadzić dialog ciekawie i syntetycznie, a dobrze zidentyfikowana puenta może nurtować widza długo po spektaklu. Maria Nowotarska i Agata Pilitowska pokazały w "Tamarze najwyższy kunszt aktorski, co świadczy nie tylko o ich talentach, ale także o doskonałym poziomie krakowskiej szkoły teatralnej. W "Tamarze L" następuje interesujące zderzenie osobowości i postaw w ocenie życia. Agata Pilitowska grająca znaną malarkę Tamarę Łempicką jest piękna, powabna i płytka, podczas gdy Maria Nowotarska, świetnie potrafi wydobyć głębokość życiowych refleksji. Miejscami trudny dialog prowadzony był przez aktorki wyraziście i po mistrzowsku, a dynamicznie grana rola Agaty Pilitowskiej świetnie kontrastowała ze statyczną rolą portretowanej przez nią zakonnicy zagranej przez Marię Nowotarską.
Po spektaklu w Cincinnati, publiczność długo zatrzymywała aktorki, a jeden z widzów stwierdził głośno: "Boże dzięki - po raz pierwszy od sześciu lat mogłem przeżyć teatr na takim poziomie".
Nadal trudno ocenić jak liczna jest obecnie Polonia w Cincinnati. Autorowi udało się odnaleźć grupę Polaków pracujących naukowo na miejscowym uniwersytecie i w wymienionej wcześniej jednostce naukowej Molecular Research Center, a także kilku lekarzy. Jednak wypełniona sala teatru na spektaklu "Tamara L" świadczy, że Polonia w Cincinnati nie jest obecnie taka mała i że zapotrzebowanie na spotkanie z polską kulturą jest większe niż nam się wydaje.
Na zakończenie warto podkreślić rolę jaką pełni torontoński Salon Poezji i Muzyki prowadzony przez Marię Nowotarską, Agatę Pilitowską i Jerzego Pilitowskiego. Jest to wyjątkowo ważna rola w krzewieniu polskiego słowa i polskiej kultury, nie tylko w Kanadzie, ale także na południu od granicy kanadyjskiej - jak ostatnio w Cincinnati - i to na najwyższym poziomie.
Z Toronto „O Tamarze L.”
Teatr z Toronto przybył do Muzeum Szlachty w Ciechanowie i przybliżył w sztuce Kazimierza Brauna losy mało w Polsce znanej, a znakomitej i sławnej w świecie malarki okresu art deco Tamary Łempickiej.
Teresa Kaczorowska
Autorem i reżyserem sztuki „Tamara L” jest prof. Kazimierz Braun, teatrolog, pisarz i wykładowca Uniwersytetu Stanowego Nowy Jork w Buffalo (USA). Przygotowuje on od kilku lat cykl przedstawień o Wielkich Polakach Emigrantach (do tej pory m.in. o A. Mickiewiczu, H. Modrzejewskiej, I.J. Paderewskim, M. Skłodowskiej-Curie) dla Salonu Poezji, Muzyki i Teatru Polsko-Kanadyjskiego Towarzystwa Muzycznego w Toronto (Kanada). Wykonawcami jego sztuk, wystawianych w j. polskim i angielskim - w USA, Kanadzie, Polsce i Europie - są często dwie aktorki tego Salonu, z dyplomami Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie: Maria Nowotarska i Agata Pilitowska. Przed rokiem zaprezentowały one w Muzeum Szlachty Mazowieckiej w Ciechanowie sztukę „Promieniowanie. Rzecz o Marii Skłodowskiej-Curie” (z okazji 140. rocznicy urodzin uczonej), zostały gorąco przyjęte, stąd 12 marca br. przyjechały z nowym spektaklem prof. Brauna „O Tamarze L.”.
- Czujemy się w Ciechanowie jak w domu – mówiły na muzealnej scenie aktorki, które już otrzymały zaproszenie za rok, z kolejnym przedstawieniem - o aktorce Poli Negri.
Sztuka „O Tamarze L.” przybliżyła ciechanowianom mało znane losy znakomitej malarki okresu art deco Tamary Łempickiej (1898-1980), urodzonej w Warszawie, która w wieku 20 lat osiadła w Paryżu, w 1939 r. wyemigrowała do USA, a w 1974 r. do Meksyku, gdzie zmarła. Była czołową przedstawicielką art deco, wystawiała swoje obrazy w najbardziej prestiżowych galeriach i muzeach świata, wchodząc do elity sztuki tej epoki. Jej dzieła są zresztą popularne do dziś.
Spektakl jest rozmową pomiędzy egzaltowaną artystką a pozującą jej do obrazu matką przełożoną jednego z klasztorów we Włoszech, gdzie Tamara Łempicka dotarła „w poszukiwaniu duszy”, śmiertelnie znużona ekstrawaganckim stylem życia. W szczerej do bólu rozmowie „polska szlachcianka” opowiada leciwej zakonnicy jak została malarką, o sztuce tworzenia, pierwszych sukcesach, sławie, a także o swoim zwątpieniu światem. Rozmowa nie jest łatwa. Cicha, odmawiająca podczas pozowania różaniec matka przełożona, ze spojrzeniem bolesnym i mądrością w głębokich zmarszczkach, okazuje się uczoną, byłym wykładowcą uniwersyteckim i znawcą sztuki, która zgodziła się pozować, aby kaprys Łempickiej przekuć w jej rekolekcje. W sumie spektakl arcyciekawy, ze świetną grą aktorską, przybliżający nieznane losy (a także dzieła, których kopie przyleciały z Kanady) naszej sławnej rodaczki z emigracji.
Plakat |
 |